nieruchomosci

Satellite TV for PC | Pila Wiadomosci, ogloszenia, forum | Dziennik wydarzenia ogłoszenia | MIDI mp3 testy piosenek
Ogloszenia muzyczne | Moda kosmetyki dla kobiet Przepisy Porady | Sklepy internetowe | Ogloszenia drobne
Website directory Promote Advertising | Lyrics Tabs MIDI Mp3 | Studio Nagran | Shopping | Reklama bannerowa
Dating personals adult | Zespol muzyczny wesela | Google Pay-Per-Click Ads FREE | Work from home
Cheap WEB hosting | Loans Credit Cards | Employment | Free classifieds ads | Free Traffic generator
Poezja Literatura | Internet marketing | Business Opportunity 

Home / wroclaw

Więcej w temacie:
wroclaw

gratka nieruchomosci
nieruchomosci kolobrzeg
wynajem
nieruchomosci stargard
nieruchomosci pruszkow
Podobne strony
analiza rynku nieruchomosci
kredyt hipoteczny
nieruchomosci krakow
zakopane
nieruchomosci plock
partnerzy nieruchomosci
nieruchomosci malopolska
nieruchomosci klodzko
dom nieruchomosci
targi nieruchomosci
Podobne serwisy w temacie:

wroclaw




Sprzedaż tylko z certyfikatem
Jolanta Nowak2008-01-29, ostatnia aktualizacja 2008-01-29 16:52 
Przed spółdzielniami, zarządcami i właścicielami domów stoi nowe wyzwanie. Muszą zdobyć certyfikaty energetyczne dla nieruchomości. A to nie lada kłopot, bo nie ma kto ich wystawiać 


Chcesz kupić mieszkanie lub dom? Przeszukaj nasze oferty Chcesz sprzedać mieszkanie? Dodaj ogłoszenie w naszym serwisie 

Zgodnie z przepisami nowelizującymi prawo budowlane za kilka miesięcy na polskich blokowiskach, osiedlach domków jednorodzinnych i w kamienicach powinna pojawić się rzesza audytorów. Zadaniem specjalistów - w myśl przepisów - byłoby zbadanie stanu budynku pod kątem jego szczelności, a potem wydanie certyfikatu energetycznego budynku. Najprawdopodobniej tak się nie stanie. Bo choć wprowadzono powinność posiadania dokumentów, nie ma specjalistów, którzy by je wydali. Brakuje też rozporządzeń wykonawczych.

Bez certyfikatu cena spada 

Jeśli dosłownie interpretować treść przepisów, taka sytuacja może sparaliżować rynek nieruchomości. Bez wystawionego przez rzeczoznawcę świadectwa określającego poziom zużycia energii notariusz - poczynając od 1 stycznia 2009 roku - nie będzie mógł bowiem sporządzić aktu sprzedaży mieszkania czy domu. Bez niego nie będzie też można wynająć lokalu. Specjaliści jednak widzą lukę w interpretacji. - Ustawa mówi, że obiekt, który wchodzi do obrotu: jest z rynku pierwotnego, wtórnego, do najmu czy kupna, powinien - co nie znaczy musi - posiadać certyfikat - wyjaśnia Janusz Schmidt, rzecznik prasowy Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości. - Jednak rozsądny klient wiedząc o istnieniu takiego dokumentu, będzie go wymagał. Jeśli właściciel nie będzie go miał, kupujący będzie zbijał cenę - dodaje. 

Z wagi dokumentu zdają sobie sprawę niektórzy deweloperzy i myślą o wprowadzeniu energetycznych rozwiązań w planowanych inwestycjach. 

Audytorów od zaraz 

Obowiązek zdobycia dokumentu będzie spoczywał na spółdzielniach, zarządcach, wspólnotach i właścicielach prywatnych domów. Według szacunków Konfederacji Budownictwa i Nieruchomości w 2009 roku konieczne będzie wystawienie ok. 1 mln certyfikatów. Kto będzie kontrolował budynki? Specjaliści z wyższym wykształceniem, po dwusemestralnej szkole policealnej lub kursie zakończonym egzaminem. Z urzędu pozwolenie na wykonywanie zawodu dostaną jedynie inżynierowie budowlani z odpowiednią specjalizacją. Audytorzy muszą wykazywać się wiedzą o materiałach budowlanych, posiadać umiejętność czytania projektów budynków i obsługiwania urządzeń pomiarowych. - Czas nagli, a specjalistów brak. Aby ich wykształcić, potrzeba co najmniej sześciu miesięcy - mówi rzecznik PFRN. Z trudnej sytuacji zdają sobie sprawę także władze. - Przyjęcie w Polsce metodologii obliczania charakterystyki energetycznej budynku to jeden z najtrudniejszych elementów wdrożenia Dyrektywy 2002/91/WE Unii Europejskiej w sprawie charakterystyki energetycznej budownictwa - stwierdziła podsekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury Elżbieta Janiszewska-Kuropatwa podczas konferencji "Świadectwa Energetyczne".



Mieszkaniowe widmo 
Jolanta Nowak, Metro2008-01-25, ostatnia aktualizacja 2008-01-25 14:13 
Kawalerka jak z bajki: spora i tania! Nic, tylko kupić. Łapię za słuchawkę, ale, niestety, okazuje się, że ktoś był szybszy. Oferta na to mieszkanie jest nieaktualna. - Ono po prostu nie istnieje - oznajmia do bólu szczery pośrednik nieruchomości 


Przez ponad tydzień podążałam tropem ogłoszeń mieszkaniowych. Kryterium była cena: nieprzekraczająca 250 tys. zł. Poszukiwanie jednopokojowego M zakończyło się klapą. 

Wirtualny byt 

W ogłoszeniach prasowych aż roi się od lokali istniejących jedynie na papierze. Na początek dałam się złapać na ciekawie brzmiącą ofertę: 24,5 m kw. za 220 tys. na Woli, po remoncie. Zadzwoniłam i - nieaktualne. - Ale jeśli szuka pani lokum, możemy wysłać inne propozycje - słyszę w słuchawce. No więc podaję adres mailowy i czekam. Pod koniec dnia dostaję trzy propozycje mieszkania do kupienia i zamieszkania od zaraz! Każde nie przekracza 30 m kw. powierzchni - jak chciałam - tylko cena nie taka niska. Wszystkie przekraczają magiczny próg 300 tys. zł. Za pierwszym razem pomyślałam: przypadek, ktoś uwinął się z kupnem przede mną. Ale jeżeli nie mogłam zobaczyć dziesiątego supermieszkania, to sprawa jest oczywista: coś nie gra. Dzwonię do agencji nieruchomości i mówię żartobliwie, aby nie wystraszyć oskarżeniami rozmówcy: oj, to mieszkanie chyba nie istnieje. - Proszę pani, jest zastój na rynku i staramy się jakoś zachęcić klienta - mówi doradca rynku nieruchomości, zaznaczając, że tej rozmowy - podobnie jak M - w ogóle nie było. Inni ignorowali pytanie albo zaprzeczali nerwowo. 

Atrakcyjne oferty mieszkaniowe łowiłam także w sieci, wysyłając e-maile z prośbą o szczegółowy opis. Z reguły odpowiedzi brzmiały: sprzedane, przesyłamy inne propozycje lub informacji zwrotnej w ogóle nie było. Co ciekawe, nieistniejąca oferta wcale nie znikała z listy mieszkań do sprzedaży. Po kilku dniach dalej wyświetlała się w czołówce poszukiwanych przeze mnie mieszkań. 

Czym jest lokum widmo? 

Wyróżnia się ceną na tle listy mieszkań, która tworzy się w sieci na podstawie zaznaczonych kryteriów wyszukiwania. Oprócz konkurencyjnej ceny ma też inny szczegół, który zachęca do wykręcenia telefonu do agencji. Zwykle to większy metraż, nowe okna czy parkiet na podłodze. Taka oferta zawsze jest już nieaktualna. 

Kontrola wiarygodności ofert w portalach internetowych jest trudna. - Staramy się na bieżąco kontrolować nasz serwis. Jeżeli widzimy mieszkanie, które odstaje cenowo od rynku, dzwonimy do agencji i pytamy o nie. Zdarzyło nam się usunąć kilka fałszywych ogłoszeń - przyznaje Marta Kosińska z portalu nieruchomościowego Szybko.pl. - Co więcej, zlikwidowaliśmy kilku trefnych pośredników, którzy np. kazali sobie płacić za podanie adresu nieruchomości. Klienci muszą liczyć na swój zdrowy rozsądek i nie wierzyć w bajki - dodaje.



Drogie mieszkania to wina dziennikarzy!
Marek Wielgo2008-01-27, ostatnia aktualizacja 2008-01-27 19:48 

To nie żart. Wystarczy poczytać fora internetowe (choćby w portalu Gazeta.pl), by przekonać się, jak wiele jest osób, które winią właśnie media za lawinowy wzrost cen mieszkań, a ostatnio za ich spadek. 

Za to pierwsze najwięcej obrywa się "Gazecie". Faktem jest, że już na rok przed przystąpieniem Polski do UE zachęcaliśmy do kupowania mieszkań. Do dziś internauci wypominają nam tytuł jednego z artykułów - "Kupuj teraz! Taniej nie będzie!" A przecież - jak mawiał były premier Jarosław Kaczyński - to "oczywista oczywistość", że gdy tanieją kredyty i gospodarka nabiera rozpędu, a w efekcie maleje bezrobocie i rosną dochody, popyt na mieszkania rośnie. I niestety, rosną też ich ceny.

Problem w tym, że chyba nikt nie przewidział aż tak dużego, bo sięgającego nawet 80 proc. w skali roku, tempa tego wzrostu. Czy dziennikarze przyłożyli do tego rękę? Owszem, powtarzali za analitykami, że średnie ceny mieszkań w największych aglomeracjach rosną z miesiąca na miesiąc, co mogło dodatkowo podgrzać rynek. Jednak ten rozgrzałby się do czerwoności i bez tego typu publikacji. Paliwem były rekordowo tanie kredyty. A ponieważ w Polsce jest olbrzymi głód mieszkań, a równocześnie dziesiątki barier biurokratycznych hamują szybki wzrost ich podaży, lawinowy wzrost cen był nieunikniony.

Obecna sytuacja jest diametralnie inna. Od kilku miesięcy deweloperom gorzej idzie sprzedaż mieszkań, co część analityków zinterpretowała jako zapowiedź załamania rynku i radykalnego spadku cen. Przeważają jednak ci, którzy twierdzą, że taki scenariusz jest mało prawdopodobny, bo nasza gospodarka wciąż szybko się rozwija (nadal spada bezrobocie i rosną zarobki). Polaków nie zniechęci do kupowania mieszkań niewielki wzrost oprocentowania kredytów. To, że wielu wstrzymało się z decyzją o zakupie mieszkania, ma więc podłoże psychologiczne. Ludzie ci liczą bowiem na spadek cen.

Wygląda więc na to, że przyszłość rynku rzeczywiście może zależeć od tego, którym analitykom uwierzą dziennikarze. Jak stwierdził jeden z internautów: "Jeśli będą pisali, że ceny spadną, to będą spadać". Ostatnio przeważają jednak publikacje zachęcające do kupowania mieszkań. "Gazeta" informowała, że w największych miastach zacznie przybywać tańszych mieszkań, co nie znaczy, że firmy deweloperskie radykalnie obniżą ceny już budowanych.

Także eksperci cytowani przez "Dziennik" radzą, "żeby z zakupem atrakcyjnych mieszkań nie zwlekać". Z kolei "Rzeczpospolita" stwierdziła bez ogródek: "Mieszkania tańsze już nie będą", a "Gazeta Prawna" - że "Mieszkania zdrożeją w 2009, teraz opłaca się kupować".

Niestety, dziennikarze najczęściej opierają swe analizy i opinie na średnich cenach ofertowych, które publikuje kilka serwisów internetowych. Nie dość, że te średnie są często sprzeczne, to na dodatek nie zawsze przedstawiają prawdziwy obraz rynku.

Katarzyna Kuniewicz z firmy doradczej Reas przyznaje, że często wzrost lub spadek indeksów cenowych wynika wyłącznie ze zmiany struktury ofert. Jeśli deweloperzy w jakimś momencie wprowadzą na rynek zdecydowanie większą liczbę tzw. mieszkań popularnych, średnia cena spadnie. Oczywiście to nie oznacza, że mieszkania w danym mieście potaniały. Np. w Łodzi, gdzie podaż nowych mieszkań jest stosunkowo mała, wprowadzenie nawet jednego większego projektu o cenie znacznie odbiegającej od typowej, może spowodować widoczną zmianę indeksów cenowych.

Dlatego portal GazetaDom.pl i Reas już od kilku miesięcy informują, jakich mieszkań jest w ofercie najwięcej. Np. w Warszawie średnia w IV kwartale wynosiła blisko 9 tys. zł za m kw. Tymczasem najwięcej mieszkań było oferowanych w cenie 7-8 tys. zł za metr. Z kolei w Łodzi w trzecim kwartale średnia cena mieszkań na rynku pierwotnym wynosiła 5,9 tys. zł za m kw. Przeważały jednak droższe lokale - po 6-7 tys. zł za metr.

Kuniewicz zauważa, że średnia cena mieszkań będących w danym momencie na rynku (a więc nie znalazły nabywcy) nie obrazuje panującego na nim nastroju. Lepiej oddaje go średnia mieszkań wprowadzonych na rynek. Reas zaczął więc publikować te dane, bo pokazują, w jakiej cenie deweloperzy decydują się zaoferować swój produkt, biorąc pod uwagę aktualną sytuację rynkową. Np. w Łodzi średnia między trzecim a czwartym kwartałem 2007 r. obniżyła się z 5,9 tys. do 5,7 tys. zł za m kw., bo zmieniła się liczba mieszkań w poszczególnych przedziałach cenowych - zwiększył się udział mieszkań tańszych. O tym, że faktycznie mieszkania nie potaniały, może świadczyć fakt, że średnia cena wprowadzonych na rynek w czwartym kwartale były wyższa niż w trzecim.

Najwyższy czas, aby także inne firmy doradcze i portale zaczęły ujawniać tego typu dane. Emocje byłyby wówczas mniejsze, a dziennikarze nie narażaliby się na zarzut, że piszą swoje teksty na zamówienie deweloperów lub pośredników, którym wskutek zastoju dramatycznie spadły obroty.


Źródło: Gazeta Wyborcza